Erotyczne online » Buick Play Station onlineSeksowne koszuleHyundai Wyprawa nad morze
  • Aniela i solniczka

    Date: 2010.06.09 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    Nie potrafię znaleźć słów, aby opisać to, co się ze mną obecnie dzieje, albo raczej to, co się ze mną nie dzieje. Odczuwam absurd egzystencji, bezsens, niewiadomą, miszmasz i zagubienie, “Wiem, że nic nie wiem”,  już zgłupiałam, a zarazem mam wielką ciekawość, co będzie dalej.  Zdrowie? Piekło? Umysł w chaosie. Może dlatego znowu moje myśli skierowały się znów ku szpitalowi…
    Szpital 2007
    Read the rest of this entry »

  • Rozdział 16 (II temporada)

    Date: 2010.05.20 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    -Podobno Mark i jego wspólnicy zmuszali cię do brania narkotyków-powiedziała Annie, gdy kilka godzin później nadal siedziała obok Poncha.-Tak. Chcieli mnie zabić. Ale najpierw chcieli zrobić coś z moją psychiką, żebym mało pamiętał-odparł Poncho.-Dlaczego?-Nie mam pojęcia-stwierdził Poncho.-Tak się o ciebie bałam. Myślałam, że nie żyjesz-powiedziała Annie i rozpłakała się.-Ale już jestem przy tobie i nigdy cię nie opuszczę-stwierdził Poncho i uśmiechnął się. Nagle złapał się za głowę mówiąc: “Moja głowa!” .-Poncho, co się dzieje?-zapytała zaniepokojona Annie.-Strasznie boli mnie głowa, ale zaraz mi przejdzie, spokojnie-powiedział z zaciśniętymi zębami Poncho.Blondynka patrzyła na niego zmartwiona. Widziała jak się męczy i z trudem mówi. Ból musiał być bardzo silny.-Zawołam lekarza-powiedziała ze łzami w oczach.Wstała i już miała iść, ale Poncho złapał ją ostatkiem sił za rękę.-Nie idź, już mi przeszło-skłamał, a żeby Annie mu uwierzyła uśmiechnął się.-No dobrze-zgodziła się blondynka, a potem przytuliła go zaciskając powieki, żeby się nie rozpłakać.**********-Angie? Co tu robisz?-zapytała Dul widząc Chrisa i Angelique z wielką torbą podróżną otwierając drzwi domu.-Cześć, Dul-przywitała się rozpromieniona Angelique-Ja…-Angie zatrzyma się u nas na jakiś czas. Nie będzie przeszkadzać, zamieszka w moim pokoju-wtrącił Chris.-Będziecie spać w jednym łóżku?-zapytała czerwonowłosa.-Nie!-krzyknęli jednocześnie Chris i Angelique.-Ja będę spał w salonie, wariatko. Przepuść nas-dodał Chris.-OK. Czuj się jak u siebie, Angie-odparła Dul zwracając się do blondynki z uśmiechem-Aha, Chris, o dwudziestej idziemy do szpitala, bo Poncho się odnalazł-dodała.-Naprawdę?-zapytali jednocześnie Chris i Angelique.-Tak. Zostawiam was już, bo idę zadzwonić do Uckera-stwierdziła czerwonowłosa, a potem poszła do sypialni.Wyjęła komórkę z kieszeni i wybrała numer Uckera. Odebrał od razu.-Dul, właśnie miałem do ciebie dzwonić-powiedział.-Byłam pierwsza-odparła czerwonowłosa z uśmiechem-I co, ile dziewczyn poznałeś?-zapytała.-Och, tak dużo, że nie byłbym w stanie zliczyć-powiedział z uśmiechem czekając na reakcję Dul.-Tak? A wiesz ile ja chłopaków poznałam? Całe setki! Nie pamiętam nawet ich imion-odparła czerwonowłosa też z uśmiechem na twarzy.Nastała cisza.-Żartuję-powiedzieli jednocześnie Dul i Ucker.-Kocham cię-dodał Ucker.-Ja ciebie też-stwierdziła Dul-Wiesz, że Poncho się odnalazł?-dodała.-I co, nic mu nie jest?-zapytał Ucker.-Mark i jego wspólnicy dawali mu narkotyki, przez które jet słaby, dlatego na razie jest w szpitalu-powiedziała Dul.-Annie pewnie cały czas przy nim jest…-Tak. Wieczorem wszyscy idziemy do Poncha. Chris go jeszcze nie odwiedził.-Dlaczego? Przecież to przyjaciel. Chris nie mógł znaleźć dla niego chwili?-nie rozumiał Ucker.-Był zajęty, pomagał Angelique w pakowaniu się-odparła czerwonowłosa.-Jak to?-Angie zatrzyma się u nas na jakiś czas. Wydaje mi się, że ma jakieś problemy…-Hm… to dobrze, że Chris jej pomaga. Myślisz, że się w niej zakochał?-zapytał Chris.-Żartujesz? Chris?-Masz rację, to niemożliwe-przyznał Ucker-Wiesz, że za tobą tęsknię?-zapytał.-A wiesz, że ja za tobą też?-odparła Dul.-Wiem, ale wydaje mi się, że ja za tobą bardziej…-Nieprawda, ja bardziej…**********O 20.00 Dul, May, Chris i Angie poszli odwiedzić Poncha. Wszyscy się przywitali, a potem rozmawiali przez dwie godziny. Nikt nie miał nic przeciwko temu, żeby Angie na jakiś czas z nimi zamieszkała. Blondynka bardzo się z tego ucieszyła i zapomniała o ojcu, który wyrzucił ją z domu. Nie opowiedziała jednak reszcie, dlaczego na razie będzie z nimi mieszkać.-Annie, jedziesz z nami do domu?-zapytała Dul przyjaciółkę, gdy wszyscy pożegnali się z Ponchem i poszli do samochodu.Czerwonowłosa i blondynka stały jeszcze na korytarzu i rozmawiały.-Nie, zostanę w szpitalu. Poncho może mnie potrzebować-stwierdziła Annie.-Ale gdzie będziesz spała?-zapytała Dul.-W sali, w której jest Poncho jest kanapa. Prześpię się na niej-odparła blondynka.-Annie…-Zostanę z nim-powiedziała Annie-A zresztą martwię się o niego. Czasami boli go głowa. To się dzieje tak nagle. Widzę, jak się męczy, ale próbuje to przede mną ukryć…-Powiadom o tym lekarzy-stwierdziła Dul zaniepokojona.-Zrobiłam to. Mówią, że to przez narkotyki-odparła Annie-Dzisiaj jak poszłyście z May wyszłam po kawę. Gdy z powrotem wróciłam do sali Poncho trzymał się za głowę. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się i zapewniał mnie, że wszystko jest w porządku, ale prawie krzyknął z bólu-dodała ze łzami w oczach.-Przeklęty Mark! Dobrze, że siedzi w więzieniu-powiedziała wściekła czerwonowłosa.Annie pokiwała głową.-Idź już, bo odjadą bez ciebie. Przyjdź jutro. Pa-powiedziała, wytarła łzy i weszła do sali, w której był Poncho.**********May spojrzała na zegarek. Była 23.10.-Jeszcze tylko jedno pociągnięcie błyszczykiem…-zaczęła i wykonała czynność-…i jestem gotowa-dodała.Miała na sobie czerwoną bluzkę, na którą założyła czarną krótką kamizelkę, dżinsową miniówkę i czarne kozaki na wysokich obcasach do kolan. (wygląd May)Postanowiła dalej realizować swój plan, w którym miała być piękną, ale nieosiągalną dla mężczyzn kobietą.Wyszła z domu, złapała taksówkę i pojechała do największego klubu w Meksyku. Wchodząc do środka rozglądała się za mężczyznami posyłając im prowokujące spojrzenia. Usiadła przy barze i zamówiła sobie drinka. Po chwili poczuła na sobie czyjś wzrok. Spojrzała w prawo i ujrzała chłopaka, który ją obserwował z uśmiechem na ustach. Patrzyła na niego przez trzy sekundy, uśmiechnęła się, a potem odwróciła wzrok. Po dwudziestu sekundach chłopak siedział obok niej przy barze.-Cześć, jestem Michael. Co tak piękna dziewczyna robi sama w klubie?-zapytał wpatrzony w May.-Przyszłam spotkać mojego księcia z bajki-odparła czarnowłosa.-Może ja nim będę?-zaproponował Michael patrząc jej w oczy.-Możliwe-powiedziała May uśmiechając się.”Będę udawać, że mi się podoba. Rozkocham go w sobie, a potem rzucę. Czas odwrócić role. Tym razem nie ja będę cierpieć, tylko on”-pomyślała całując nowo poznanego chłopaka.______________________________Długo mnie tu nie było, ale cóż. Po prostu brak weny. No i z racji, że mało osób komentowało ostatnio bloga, postaram się go jakoś szybko zakończyć. Będę pisać aby drugiego bloga ;] Tą historię chciałabym jak najszybciej zakończyć, chociaż w planach miałam jeszcze kilka rozdziałów, ale teraz postaram się wszystko skrócić i po kilku rozdziałach zakończyć tego bloga.No to komentujcie ;]]

  • Odcinek 82

    Date: 2010.02.13 | Category: Bez kategorii | Response: 0

                  A tym czasem w Ogrodzie smaków :P iotr już czekał i Ula się trochę spóźniała.Ale już po chwili zobaczył ją idącą w stronę stolika przy którym siedział Sosnowski.-Przepraszam za spóźnienie ale…-Nic się nie stało.                -wstał z krzesła i odsunął krzesło Uli by mogła sobie usiąść-Dziękuję.                 -odpowiedziała mu na jego odruch-To co zamawiamy?           -zapytał z uśmiechem na twarzy          W Baccaro:-Heh i ty to wszystko zjesz?              -zapytał Marcel z wielkim uśmiechem na twarzy-Tak.Ostatnio jestem bardzo głodna nawet nie wiesz jak.-Nie widać tego po tobie znaczyyyyy wiesz masz taką figurę…-No w końcu ten fitness pomaga.Wiesz ten wylany pot,zgrzytanie zębów ale to nie w moim przypadku.-No przecież to jest jasne ,że to nie twój opis.-Yyyyyyyyyy noo taak.-A gdzie ty chodzisz na ten fitness?-Nie daleko stąd.Jakieś 20 minut.-Aha no to wiem gdzie.-Mogę zadać ci pytanie?         -spytała Viola-Pytaj o co tylko chcesz.-Dlaczego chciałeś się ze mną umówić i skąd wiesz o moim istnieniu?-No to może zacznę od poznania.Więc tak, byłem kiedyś w F&D i tam cie po raz pierwszy zobaczyłem.Moja siostra chce być modelką a ja jej chciałem pomóc jak tylko mogłem więc ją przywiozłem do domu mody.Bo jednak mój zawód nie mógłby się połączyć z modą…-To co robisz?-Prowadzę sieć restauracji a dokładniej to jestem współudziałowcem właśnie tej restauracji.-Czyli jakiej……..tej?-Aha, no ale wracając do tematu.Kiedy zobaczyłem cie po raz pierwszy to jadłaś w tedy pomidora.Tego małego ,koktajlowego i przy tym tak pięknie się uśmiechałaś.Później podeszła do ciebie Ula i rozmawiałyście…-Zaraz ,zaraz skąd ty wiesz że ona się nazywa Ula?-Bo wiem.Szukałem informacji na twój temat i tak jakoś się na to natknąłem.Przecież muszę też coś wiedzieć o Febo&Dobrzański .-I chciało ci się tak?-Nadal mnie się chce.Ale też dowiedziałem się ,że nie jesteś sama czyli ,że masz chłopaka.            -powiedział to z zawodem w głosie-Mam Sebulka znaczyyy Sebastiana mam.Pasujemy do siebie jak dwie połówki chleba…..chyba.-Chyba??To nie jesteś pewna?-Bardzo go kocham ale jeszcze nie jestem pewna na 100%.Zawsze trzeba pomyśleć kilka razy zanim się wejdzie do morza.No nie?-Heh ha ha nie wiem.Ale muszę kiedyś tego spróbować.-A ty to tak chciałeś przełykiem do serca?No w końcu jesteśmy w restauracji i zaraz będziemy jeść.-Może troszeczkę ,ale mam dobre zamiary.-Właśnie słyszę.Ha ha ha ta żyrafa mi jeszcze na ucho nie nadepnęła.-Ooo idzie kelner.       -stwierdził Marcel                    W Ogrodzie smaków:-Ja poproszę cappucino i kremówkę.           -powiedziała Ulcia-Doobrze ,a dla pana?                -zapytał kelner-A dla mnie cappucino i  WZ -tka.-Już się robi.             -odpowiedział kelner i odszedł w stronę kuchni-Myślałem ,że już nie przyjdziesz…-A dlaczego miałabym nie przyjść?-No nie wiem.Bo może masz inne sprawy albo po prostu nie chciałaś się ze mną widzieć.-Dużo pracy raczej.-To dobrze ,że cie nie przestraszyłem i chciałaś się ze mną umówić.A jak tam twój ojciec?-Dobrze się ma jak na razie.-Aha noto fajnie.Yyy a jeżeli mogę spytać too ten mężczyzna, z którym cię widziałem to on jest…-Moim chłopakiem.-Nie no, tak tylko zapytałem.             -było słychać w jego głosie zawódObydwa spotkania się udały.Było miło czasami wesoło.Ula wyszła pierwsza ze spotkania gdzieś tak o 20:00.Piotr ją nawet chciał podwieźć do domu ale ona nie chciała.Zamówiła sobie taksówkę i pojechała do domu.Viola i Marcel zasiedzieli się trochę dłużej ,do 21:30 .Kubasińska pozwoliła się podwieźć do domu ,ale nie wysiadła pod samym budynkiem bo nie chciała aby Sebastian ją zauważył.W domu Cieplaków:-Ula no gdzie ty byłaś?              -pyta Józef-W restauracji.-to nie mogłaś chociaż zadzwonić?-Przepraszam ale…telefon mi dzwoni.-Odbierz.-Tak ,słucham?-To ja słucham.Dlaczego pani nie zadzwoniła do mnie i nie powiedziała ,że dojechała szczęśliwie do domu?Ja się tu martwię.          -stwierdził Marek-A skąd pan wie ,że ja jestem w domu?        -zapytała wchodząc do swojego pokoju-Słyszę Beti.-Aha.-Pamięta pani ,że jutro jedziemy obejrzeć mieszkanie?-Yyy tak.Chyba pamiętam.-Chyba?-Nie wiem.Dobra muszę kończyć bo się jeszcze nie wykąpałam no i się nie wyśpię.-To w takim razie jeżeli już nie chce tobie się ze mną rozmawiać -zaśmiał się -No to dobranoc.-Dobranoc.-A i pamiętaj przyjadę po ciebie rano.-Dobrze ,postaram się zapamiętać.Paa.                                           CDN…  

  • 20. …. tym bardziej go kochała…

    Date: 2010.01.28 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    2 dni później
     
    U Magdy w mieszkaniu było dośc tłoczno. Wszystkie przyjaciółki zgromadziły się na babski wieczorek. Agata, Karolina i Mariolka ze smakiem zajadały się specjalnościami przygotowanymi przez prawniczkę i poświecały się plotkowaniu o facetach i wielu innych sprawach. Typowe spotkanie, w czasie którego przelało się dużo wina, w przypadku Magdy zastąpionego oczywiście sokiem. Dziewczyny śmiały się i wspominały wiele minionych już spraw. Read the rest of this entry »

  • ZUS przyjazny przyszłym mamom (wbrew obiegowym opiniom)

    Date: 2010.01.14 | Category: Bez kategorii | Response: 0

     Co pewien czas media lokalne lub ogólnopolskie obiega informacja o tym, że ZUS odebrał prawo do zasiłku kobiecie w ciąży. Wiadomość taka budzi nie tylko niepokój, czy aby faktycznie taka jest właśnie rola ZUS-u, ale także pojawia się oburzenie, że panie, które akurat najbardziej potrzebują spokoju i bezpieczeństwa naraża się na niepotrzebny stres. I wszyscy, zarówno ci zaniepokojeni, jak i oburzeni, mają rację.
      ZUS nie jest od tego aby cokolwiek zabierać, zwłaszcza kobietom w ciąży. W rzeczywistości  jednak niczego nie odbiera. ZUS jedynie realizuje nałożony na niego ustawowo obowiązek troski o to, by świadczenia wypłacane z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych trafiały wyłącznie do osób do tego uprawnionych.
      Zastanówmy się przez chwilę. Czy ZUS może mieć jakąkolwiek korzyść z tego, że coś komuś odbierze? Nie, bo pracownicy ZUS nie zarabiają na liczbie decyzji odmownych. Na liczbie decyzji przyznających też zresztą nie zarabiają. Płaci im się wyłącznie za dokładne wykonywanie przepisów prawa zapisanych w ustawach, w kształcie określonym przez parlament. Read the rest of this entry »

  • “Mr Gorbachev, tear down this wall”

    Date: 2009.11.16 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    Jak donosi portal www.rp.pl Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej przygotowało projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Ta nowelizacja zawiera m.in zapis przyznający pracownikom socjalnym prawo do odbierania dzieci rodzicom. Oczywiście chodzi o sytuacje zagrożenia życia lub zdrowia dziecka. Będzie to można zrobić bez zgody sądu, który ma zostać powiadomiony o fakcie w ciągu 24 godzin.
    Jakie są niebezpieczeństwa nie muszę chyba tłumaczyć. Decyzja o zabraniu dziecka (nie jest jeszcze sprecyzowane gdzie i na ile ale na pewno na minimum 24 godziny) leży w gestii jedneo urzędnika! Ja myślałem, że do podjęcia takich decyzji potrzebny jest sąd, który będzie wysłuchiwał różnych racji, poduma, poduma, prześpi się z problemem kilka razy i podejmie słuszną decyzję (inna sprawa, to opieszałość sądów). A teraz okazuje się, że los moich dzieci może być w rękach jakiegoś urzędasa, który może sobie przyjść do mnie do domu i stwierdzić, że dzieci są w niebezpieczeństwie.
    Nie, nie, niech nikt mi nie mówi, że porządnych ludzi, to nie dotyczy. Dotyczy, dotyczy! Proszę se wyobrazić taką sytuację: Read the rest of this entry »

  • Moskwa – Kraków sierpień 2009 czyli nie taki niedźwiedź straszny.

    Date: 2009.10.17 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    2 sierpnia    Niedziela rano. Właśnie wszystko spakowane. Czekamy z Kalinką na taksówkę, która powiezie mnie na dworzec. Łódź Fabryczna. Podjeżdża nowy skład bardzo podobny do tych, które jako InterCity kursują do Warszawy, lecz ten należy do innej spółki, następnego klonu PKP. Przynajmniej są tu wieszaki na rowery. Na szczęście na Centralnej pociąg do Moskwy odjeżdża z tego samego peronu więc czekam blisko dwie godziny. Tłumek odprowadzających skutecznie utrudnia wsiadanie do wagonu. Trzy sakwy i spakowany Speederek. Ledwo wykręcam z tym całym majdanem w wagonowy korytarz. Przedział. Moimi współlokatorkami są Olga i Kasia. Na szczęście wagon jest polski więc i przedział trzyosobowy. Dzięki temu rowerek staje grzecznie we wnęce, a walizy dziewczyn przytrzymują go w pionie. Białoruś. Pierwszy powiew wschodu. Złotouste niewiasty całym tabunem wpadają do wagonu. Ot, taki białoruska wersja WARS-u. Piwo, wódka, placki ziemniaczane, może papierosy? Za chwilę pociąg wtacza się do olbrzymiej hali. Ciche podnośniki delikatnie unoszą skład i wymieniają koła. Rozkładamy łóżka. Czas na drzemkę…3 sierpnia  Szum wiatru, łoskot szyn, gwar na mijanych stacjach. Tkwię pod sufitem na moim łóżku nie widząc okna. Mińsk? Możliwe. Letarg. Nad ranem schodzę w dół. Zegary przestawione o dwie godziny do przodu. Równina. Lasy i pola. Kawa. Niedługo potem zabudowa gęstnieje. Następnie rośnie w górę. Moskwa. Pociąg wtacza się na dworzec białoruski. Pomagam dziewczynom wytargać nas peron ich załadowane ołowiem chyba walizy. Ze Speederkiem lądujemy na peronie. Montaż kół i sakw i już właściwie jestem gotowy do drogi. Jeszcze tylko plan miasta. O, cholera! Tscharytsino. Jak to będzie napisane cyrylicą? Po pół godzinie jest! Ulica. To już coś. Numer znajdzie się na miejscu. Jadę. Ale te ulice szerokie! Po kilka pasów w jednym kierunku i duży ruch. Zjeżdżam w dół w kierunku Placu Czerwonego. Udaje mi się przeciąc przecznicę i wmanewrować się między samochody. O! Zakaz ruchu rowerów. Więc prowadzę przez olbrzymi plac. Ktoś robi mi fotę, ja robię komuś. Po drugiej stronie placu rzeka. Most i plan idealnie prowadzi mnie przez Zamoskworzecze. Po drugim moskiewskim ringu jakość ulic pogarsza się. Jadę wzdłuż rzeki przez przemysłowe dzielnice. Powoli fabryki ustępują miejsca blokowiskom. Wreszcie trafiam na Szypiłowski Projezd. Mijam stację metra Orzechowo i po kilkudziesięciu metrach dostrzegam na XVIII piętrowym bloku napis “Gostinica Caricino”. Jestem na miejscu. Hotel to właściwie szereg dwupokojowych wyposażonych w kuchnię mieszkań o podwyższonym standardzie. Nasze lokum ma numer 807. Przysypiam na kanapie. Około 18.00 pukanie do drzwi. Przyleciał Vincenzo. Po przywitaniu i zmontowaniu jego Specialized’a jedziemy metrem do centrum. Zwiedzamy jeszcze raz Plac Czerwony, okoliczne ulice pełne luksusowych sklepów i salonów samochodowych (Ferrari, Lamborgini, Bentley). Trafiamy na oświetlony tysiącami żarówek GUM. Plac w zapadającym zmroku wygląda wspaniale. Po 22.00 wracamy do hotelu. Rano po śniadaniu mamy startować więc idziemy spać.4 sierpnia  Śniadania nie było. Coś nie zadziałało na linii włoskie biuro turystyczne – moskiewski hotel. Nie ważne. Gotujemy spaghetti i po śniadaniu w siąpiącym deszczu opuszczamy gościniec. Kierunek? Południe! Jedziemy w kierunku Woroneża. Na bardzo dobrej drodze jest malutka warstewka beżowego błotka, które przelewa się przez moje sandały.Po którymś z kolei moskiewskim ringu wydostajemy się na autostradę. Tak, jedziemy regularną autostradą na rowerach! A co na to milicja? Nie uwierzycie, kibicują nam, machają przyjaźnie. I tego dnia wlaściwie nic więcejsię nie dzieje. Masa wyprzedzających nas w bardzo bezpiecznej odległości ciężarówek, dźwięk klaksonów (pozdrowienia). Ciężarówki to oprócz gazów, mazów i kamazów, amerykańskie krążowniki przeznaczone do pokonywania wielkich odległości. Jednego z nich ktoś zaparkował w głębokim wąwozie poniżej szosy. Charakterystycznym elementem rosyjskiej szosy są fragmenty rozerwanych opon i stojące na poboczach TIR-y, z których najczęściej wyciekają różnokolorowe płyny. Kierowcy za pomocą najprostrzych narzędzi, drutu i kawałków gumy potrafią ponownie tchnąć życie w te olbrzymie monstra. Około 18.00 zaczynamy szukać sklepu i noclegu. Sklep znajdujemy po kilkunastu kilometrach, nocleg po ponad dwudziestu. Niestety w przydrożnym gościńcu o nazwie “Dżygit” miejsca nie ma, nocują tu kierowcy wywrotek, których około czterdziestu stoi na parkingu. Właściciel pozwala nam rozstawić namioty za budynkiem. W wielkich chwastach stawiamy nasze domy. 5 sierpnia  Rano Vincenzo doznaje pierwszego kulturowego szoku. Gotujemy spaghetti pośród stert śmieci, grzebiących w nich kaczek, i ogólnego bałaganu. Ruszamy w drogę. Kilkakrotnie zatrzymujemy się przy stacjach benzynowych. To jedyne miejsca na trasie gdzie można kupić jakąś przekąskę i uzupełnić bidony. Po 176 kilometrach dojeżdżamy do Jelca (Jeleń). Zatrzymujemy się w jedynym w mieście hotelu należącym do sieci Inturist. Swoje lata świetności ma on już za sobą. Wyremontowany parter z obszernym holem i idealnie wyprasowana, czerwono-usta recepcjonistka z wyrazem twarzy pokazującym kto tu jest najważniejszy wskazuje nam pokój na siódmym piętrze. Staroświeckie tapety,skrzypiące łóżka i obtłuczona umywalka mają się nijak do widoku z kilku pięter poniżej. Dodatkowo prysznic (30 rubli) znajduje się piętro wyżej. Próbujemy otworzyć okno. Niestety zaśrubowane. Być może obawiają się skoku jakiegoś desperata. Idziemy na spacer po starym mieście. Kilkanaście cerkwi, rynek i pomnik młodego Żukowa, który tu spędził młodzieńcze lata nim został oficerem. Kolacja. Pasta oczywiście.6 sierpnia  Bank (państwowy) otwierają o 9.00. Przed bankiem obnośne punkty wymiany walut. Upierścieniony cinkciarz z napisem “RUSSIA” na dresie sprawnie odlicza 5500 rubli za 125 euro. Mój przyjaciel ma wreszcie swój portfel zapełniony miejscową walutą. Jedzie nam się wspaniale. W jednej ze wsi Vincenzo kupuje miód na przydrożnym straganie. Babuszki chciały nam sprzedać jeszcze wiadro pomidorów, ale podstawowa jednostka miary na wszystkich straganach z reguły nie mieści się w kolarskim bagażu. Długi zjazd i znajdujemy się nad brzegiem Donu. Kilka kilometrów dalej w przydrożnym barze spotykamy jedynych jak się później okazało turystów podróżujących po Rosji na rowerach. Byli to mieszkańcy Murmańska. Statyw, pamiątkowe zdjęcie, pozdrowienia i czas na dalszą drogę. Zbliżamy się do przedmieść Woroneża. Jedziemy przez centrum. Tu drogi jak to w większości rosyjskich miast są fatalne. Lawirujemy między autobusami, marszrutkami i w przedziwny czasem sposób zaparkowanymi samochodami do głównego placu miasta. Olbrzymia powierzchnia otoczona budynkiem miejskich władz, teatrem i parkiem z centralnie umieszczonym pomnikiem Włodzimierza Ilicza. Jedziemy w dół w kierunku mostu i grobli przecinających szeroko rozlaną rzekę o nazwie Woroneż. Na przedmieściach próbujemy kwasu z saturatora a po kilku kilometrach natrafiamy na całą wieś handlującą przy drodze gotowanąkukurydzą. Zatrzymujemy się przy jednym ze starych, wojskowych termosów. Po chwili siedząc na pniu obrabiamy smacze, słodko-słone, złociste kolby. Dla Vincenzo był to pierwszy raz. Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się w miejscowości Rogaczewka w moteliku “Dwin”. Ku naszemu zaskoczeniu łazienka i ubikacja jest wyjątkowo czysta. W barze próbujemy żarkoje w garszoczki czyli gulaszu z ziemniakami i marchewką podanego w glinianych, wysokich naczyniach. Włoch zamawia drugą porcję.7 sierpnia  Śniadanie. Gotujemy w pokoju makaron z soją i warzywami. Zapach przenika na zewnątrz. Dostajemy burę od właścicielki motelu. Sorry! Kolarze muszą zjeść coś bardzo konkretnego. Za miasteczkiem droga zwęża się do jednej jezdni. Przed nami kilkukilometrowy korek. Jedziemy środkiem. Poboczami pomykają z kawaleryjską fantazją busy i niektóre auta osobowe. Reszta stoi grzecznie w kolejce. Jest przyczyna. Awaria naczepy transportującej w wielkich beczkach “coś” owocowego skutecznie zablokowała drogę w obu kierunkach. Wdrapujemy się powoli budząc wściekłość co po niektórych tirowców na coraz wyższe wzniesienia. Wąsko. Wreszcie wydostajemy się z korka. Droga też powraca do swej normalnej tu szerokości, czyli po dwa pasy w każdym kierunku. Według Vincenzo w Pawłowsku powinien być drugi most przez Don. Między jest a powinien być jest duża różnica. Jak duża? A musimy wrócić jakieś dziesięć kilometrów. Na bocznej drodze zapanowała nagła cisza. Przez te kilka dni towarzyszył nam bezustanny hałas. Tu samochody pojawiają się sporadycznie. Na moście przerzuconym przez Don, na balustradzie masa zawieszonych kłódek. Niektóre mają tasiemki w kolorach włoskiej flagi.To taki symbol miłości i wiecznej przyjaźni. Jadąc do Białogorie zaczynamy pokonywać potężne wzniesienia. Kilkakrotnie na znakach pojawia się 11%. Tu pojawiają się pierwsze pomniki świadczące o bytności Włochów na tych ziemiach w okresie II Wojny Światowej. Przed nami jeszcze ok. 60 kilometrów jazdy. Po kilkudziesięciu podjazdach i zjazdach mijamy przysypane cementowym pyłem Podgorenskij i wzdłuż torów (czyli po płaskim) docieramy do celu. Miasta Rossosz. Jesteśmy tu akurat w momencie wieczornego apelu. W trakcie śpiewania włoskiego hymnu flagi: rosyjska i włoska opadają z masztów. Kolacja. W przedszkolnej kuchni zgromadziło się ponad trzydzieści osób. Jest mer miasta, dyrektorka przedszkola, profesor Morozow zajmujący się historią miasta i batalii włoskiej na ziemiach rosyjskich, są byli żołnierze ze stowarzyszenia strzelców alpejskich, jesteśmy my. 8 sierpnia  Dzień poświęcony na zwiedzanie. Po śniadaniu i porannym apelu (śpimy w namiotach na terenie przedszkola a stołujemy się razem z Włochami) jedziemy podstawiona gazellą Siergieja na długą blisko 240 kilometrową trasę po terenach bitew i potyczek. Jest z nami Morozow. Gdy dowiedział się, że jestem Polakiem w przerwach między prelekcjami dla Włochów na poszczególnych postojach przedstawił mi skrótowo historię tego regionu. Tu w Rossosz miał siedzibę sztab włoski. Gdy walcząc u boku Niemców i Węgrów przeciwko Czerwonej Armi przybyli na te tereny włoscy strzelcy alpejscy było lato 1941 roku. W pamiętnikach (na ich podstawie Vincenzo opracował naszą trasę) opisywali łany zbóż i kolyszące się wielkie pola słoneczników. Zima szybko zweryfikowała możliwości bojowe alpejczyków. Źle ubrani, pozbawieni ciężkiego sprzętu żołnierze wpadli w kocioł otaczających ich czerwonoarmistów. Części z nich udało się z niego wyrwać i uciec na zachód pieszo do Gadjacza (Ukraina)  i eszelonami wrócić do Włoch. Część poległa, a ci, którzy przeżyli trafili do obozów na Syberii. Po gorbaczowowskich przemianach stowarzyszenie byłych żołnierzy jednostek strzelców alpejskich nawiązało współpracę  z miastem, które ich ojcowie okupowali i obecnie co roku licznie przybywają tu Włosi. Byli żołnierze opiekują się mn. przedszkolem, zbierają pieniądze na jego potrzeby, remontują je, w placówce ma siedzibę szkoła językowa. Tak po krótce przedstawia się tutejsza historia, której śladami dziś podróżowaliśmy. Na rano umówiliśmy się z profesorem na zwiedzanie muzealnej placówki.9 sierpnia  Koniec wolnego. Rano zwijanie namiotów, krótki spacer po mieście i uroczysty apel. Włosi dziś wyjeżdżają. Robimy wspólne fotki, kucharz, jedyny człowiek w tegorocznej grupie z Bergamo zaopatruje nas w potężny zapas sera, jajek, mortadeli. Przyjeżdża Morozow. Zwiedzamy muzeum. Część sal poświęconych jest historii miasta, kozacczyzny, część przyjaźni włosko-rosyjskiej. Jest też wystawa malarstwa. Na pożegnanie kupuję książkę dot. historii miasta, dostaję dedykację. Ruszamy. Tym razem będziemy się już tylko przybliżać. Kierunek zachód. Jedziemy drogą przez step. Gdzieniegdzie widać wapienne skały, mijamy konnych pasterzy krów. Nie pamiętam któremu z nas pierwszemu przyszła jedna myśl. Droga na Nordkapp. Równie dzika, równie pusta. Zaczyna padać. Przeczekujemy większy deszcz pod autobusową wiatą. W jednej z nielicznych wsi milicjant zwraca Vincenzo uwagę, że jedzie za blisko środka drogi. Na przedmieściach Aleksjejewki zatrzymuje nas milicja na stałym posterunku. Spisują nasze paszporty i dostajemy od oficera wizytówkę ze słowami: jak by były jakieś problemy, niech dzwonią do mnie. Na 158 kilometrze zatrzymujemy się w mieście Nowyj Oskol. Linia kolejowa dzieli miasto na pół. Zatrzymujemy się w miejskim hotelu bez ciepłej wody. Recepcjonistka mówi mi, że rano nas zamelduje.10 sierpnia  No, to tradycyjnie już na śniadanie półtorej paczki spaghetti i w drogę. Ha, dobrze by było. Hotel wysoce państwowy pani (chyba ważna) rozpoczęła procedurę zameldowania nas. Wszystkiego było chyba ze trzy strony A4 łącznie z naszymi zawodami, celem pobytu itd. Brakowało tylko zapytania o wyznanie i grupę krwi. To wszystko zostało jeszcze kserowane i groźnie wyglądająca pani wstemplowała nam na naszych kartkach przekraczania granicy jakąś chyba ważną pieczęć. Przy okazji bardzo się zdziwiła, że jak do tej pory nikt nam czegoś takiego nie wstemplował. Po 9.30 byliśmy wreszcie wolni. Do Belgorodu mieliśmy coś ok. 120 kilometrów. Z miasta niewiele pamiętam. Chyba tylko to, że na każdym rondzie stał pomalowany na inny kolor stary samochód radzieckiej produkcji. Na rogatkach miasta złapałem gumę. Gdy ja szukałem dziury. Vincenzo wydłubał mi z opony kawałek szkła. Miejsce zgadzało się z tym w dętce więc szybkie pompowanie czyli te 120 ruchów pompką i koło zawędrowało na swoje miejsce. I tak jechaliśmy sobie przez pustkowia mając po prawej stronie linię kolejową. Nawet nie wiem kiedy to się stało. Na horyzoncioe zamajaczyły wysokie słupy z oświetleniem, potem pojawiły się  budki oferujące ubezpieczenia i w końcu szlaban. Granica, czy jak to mówi mój przyjaciel – frontiera. Najpierw kwitek przy podniesieniu szlabanu. Jedziemy jako pieszochody. Stajemy w kolejce do odprawy rosyjskiej. Jakaś miła rosyjska pograniczniczka (ładna i uśmiechnięta) w trochę ciasnym uniformie z którego chciały wyskoczyć na wolnośc jej piersi podstemplowała nam wszystkie papiery. Tak więc byliśmy już poza Rosją. Uf, następna porcja papierów dowypełnienia czekała na nas po jakiś 100 metrach w ukraińskich budkach. Tu byli już tylko smutni panowie. Myśleliśmy,że to juz koniec. Nie, nie. Jeszcze celnicy, którzy z uśmiechem wybebeszali zawartość połowy naszych sakw chyba bardziej z ciekawości niż z chęci znalezienia czegokolwiek. No, nareszcie. Po godzinie udało nam się pokonać kilkusetmetrowy odcinek granicznej biurokracji. W kantorze pytamy o hotelik. Pani mówi, że to gdzieś za kilometr, dwa. Było siedemnaście. Motelik na wysokim poziomie i o wysokiej, najwyższej na Ukrainie cenie. Za dwójkę zapłaciliśmy 250 hrywien. Do tego kolacja za blisko dwieście. No ale panowie tyrają, panów stać.11 sierpnia  Pomni doświadczenia z gotowaniem w Rogaczowce (i nie tylko dlatego, ten motelik naprawdę reprezentował najwyższy poziom) postanawiamy wykorzystać otwartą przestrzeń pod schodami do przygotowania śniadania. No nie za bardzo się to spodobało pokojówce. – A co wy tu robicie?-Gotujemy spaghetti-A dlaczego nie jecie w barze?-Bo tam nie ma spaghetti!-Jest, jakbyście chcieli to jest poza menu.-No to jak jest poza menu, to go nie ma.-Ale tu nie wolno!-Ale my już mamy gotowe. Chcesz spróbować?-Spaghetti na śniadanie? Nie!I tym oto sposobem wciągnęliśmy w siebie po ok. 30 dag. Podział ról przy gotowaniu był zawsze taki sam. Ja rozstawiam palnik i osłonę, Vincenzo soli i nabiera wodę. Ja przykrywam garnek i pilnuję wrzątku, on układa makaron i pieczołowicie go miesza precyzyjnie rozdzielając wszystkie nitki, ja odcedzam, on nakłada, ja polewam pesto i oliwą, zjadamy wspólnie, on zmywa (uwielbia zmywanie, ja nie cierpię!) Jeszcze wieczorem poprzedniego dnia po raz pierwszy użyłem paskalowskiego przewodnika po Ukrainie, cegły ważącej ok. 30 dag. Chodziło mi o ustalenie naszej marszruty przez Charków. Już po kilkunastu kilometrach jazdy dotarliśmy do Pjatychatki, zielonego, przedmieścia miasta. Już przy drodze wielojęzyczna tablica informuje o nekropolii polskich i nie tylko oficerów zamordowanych przez NKWD w 1940 roku. Zwiedzamy cmentarz. Przyjemny chłód i cisza na nim panująca powodują lekkie mrowienie. Po przekroczeniu bramy mijamy symbole wielu religii, następnie naprzeciw siebie w odległości ok. 80 metrów stoją pomniki-ołtarze: prawosławny i katolicki. Na olbrzymich tablicach wyryte są nazwiska pomordowanych odpowiednio cyrylicą i alfabetem łacińskim. Pomiędzy nimi w owalu znajdują się wzgórki mogił. Owal łączący dwa pomniki przecięty jest aleją prowadzącą bezpośrednio od jednego do drugiego. Po obu stronach tabliczki. Stopień, nazwisko, jednostka, zawód, data urodzenia, miejsce zamieszkania. Wzrok przykłuwa jedna “Ppor. Stefan Wiśniewski ur. 10 IX 1906 Łódź, tech. włók., 14pp, 1940″ Mam więc łódzki ślad. Jedziemy w kierunku centrum. Kamienice centrum przypominają te z centrów polskich miast. Troszkę poznańskie, troszkę łódzkie. Na parterach sklepy, w nich światowe marki. Na jezdniach wielki ruch i wielkie remonty. Wszędzie kładzi się nowy asfalt. Jadąc w strone pl. Konstytucji mijamy remontowaną synagogę Tempel. Ciekawy budynek z modernistyczna kopułą. Dalej cerkwie, cerkwie, cerkwie, okazały budynek dworca i nowe dzielnice z szerokimi wylotowymi arteriami. Komunikacja wszelaka: tramwaje przepychają się swoim prawem największego, za nimi podązają autobusy i trolejbusy, wokół nich krążą niezliczone ilości marszrutek. W środku tego pozornego chaosu my. Dwaj turyści, trochę egzotyki na zapełnionych sakwami rowerach. Dziwny duet włosko-polski. Za miastem skręcamy z głównej drogi w kierunku Bogoduhiw. Sennego miasteczka żyjącego swoim własnym rytmem w odległości zaledwie 60 kilometrów od metropolii. Tu śpimy w czymś, co trudno nawet nazwać hotelem. Droga była paskudna, niesamowicie dziurawa. Zaczyna mi się odzywać tylne koło.12 sierpnia  O 8.00 startujemy z tego pseudo-hotelu. Koło grzechocze coraz bardziej. Droga nie należy do dobrych. Jak to na prowincji: dziury, wyboje, czasem coś połatane w polskim stylu czyli taczka asfaltu i uklepywanie łopatą w Ohtirce rozpakowuję rower. Pusty jakoś jedzie. Prawdopodobnie leci łożysko. Przelewam przez tryby smar do łańcucha, przepakowuję sakwy tak, by przednie obciążyć do maksymalnej nośności i jadę. Miasteczko jest brudne i brzydkie. Wyjeżdżamy w kierunku Gadjacza. Dziś Vincenzo łapie gumę. Długo nie ma wsi, czyli sklepów. Nareszcie zatrzymujemy się przed czymś, co przypomina nasze stare ge-esy. Pani łapskami nakłada ciastka do torebki. Pochłaniamy prawie kilo popijając chyba już 10 litrem wody. Za Gadjaczem zaczyna się jakby inny świat. Miejscowości dziwnie czyste, trawniki równo przycięte, nawet droga pomimo jeszcze niższej kategorii równa. Dojeżdżamy do Lipowej Doliny. Bardzo ładne miasteczko. Przytulny i bardzo czysty, a przy tym niezbyt drogi hotelik. Właściciel pozwala nam gotować w pomieszczeniu byłej kotłowni. Tu nocują też nasze rowery. Lipowa Dolina to jedno z tych miejsc zaznaczonych na mapie Vincenzo, przez które włoska armia uciekała na zachód. Być może spali w tym właśnie budynku. Mój przyjaciel jest szczęśliwy.13 sierpnia  Przed wyjazdem slyszałem najczęściej nieprzychylne opinie o Rosjanach i Ukraińcach. Że drogi złe, kierowcy pijani i złośliwi. Nie prawda. Nigdy nigdzie na świecie nie spotkałem się z takimi objawami sympatii. Dziś wyjechaliśmy nieco później dopiero o 9.30. Pod wiatr przejechaliśmy tylko 123 kilometry. Krajobraz nieco monotonny: łąki i pola. Dziś na trasie ja kupiłem mały miód. Smaczny, choć jak specjalista od miodu twierdzi strasznie źle odfiltrowany. Żołnierze włoscy wsiadali w pociągi w Romni. To była ostatnia miejscowośc zaznaczona na mapie Vincenzo. Dzis nocujemy w Priłukach. Przy wjeździe wita nas fabryka B.A. Tobacco. Przy dziurawej drodze coś jak z innej bajki. W centrum miasta, przy głównym placu jest hotel polecany przez Pascala.Mimo swoich trzech gwiazdek nie jest aż tak drogi. Po kolacji idziemy zwiedzać miasto. Właściwie większość zabytków usytuowana jest tuż za placem, na którym w centralnym punkcie stoi złoty Lenin. W soborze Przemienienia Pańskiego akurat trwa nabożeństwo. Stoimy cichutko w kącie wsłuchując się w cerkiewne śpiewy. Po powrocie do hotelu wyglądam przez okno. Zachodzące słońce mieni się na szczerozłotym monumencie wodza rewolucji.14 sierpnia  Miasto było zaniedbane. Żałuję tylko, że wczoraj nie skręciliśmy do Monastyru Hustyńskiego. Przeczytałem o nim dopiero wieczorem. Trudno. Innym razem. O 7.00 jesteśmy gotowi do jazdy. Droga do Kijowa dobra dla samochodów (betonowe płyty coś na wzór starych niemieckich autostrad) niestety dla rowerów jest nieprzyjazna. Dopiero wjazd na teren Kijowskiego Rejonu zmienia tę sytuację. Teraz jedziemy równiutkim asfaltem. Tuż za Dniestrem na wysokim wzniesieniu znajduje się stary, stołeczny gród. Pracowicie podjeżdżamy w okolice Ławry Kijowsko-Pieczerskiej. Z dala lśnią kopuły cerkiew. Zwiedzamy pojedyńczo. Ktoś z nas musiał zostać przy rowerach. Przy okazji kupuję książkę, swoiste “Top ten” Kijowa wydana w języku polskim. Gdy wracam, zwiedzać idzie Vincenzo. Wraca z identycznym egzemplarzem włoskim. Mieliśmy przejechać przez Kijów (centrum) i przenocowac gdzieś na jego zachodnich obrzeżach. Niestety ktoś wprowadził nas w błąd i wylądowaliśmy na obwodnicy. Drugi błąd i lądujemy w motelu na stacji benzynowej przy arterii dzielącej miasto na pół. No cóż, to miasto nie jest przyjazne dla rowerów.15 sierpnia  Ta pomyłka kosztowała nas dodatkowe 15 kilometrów. ale prawdopodobnie byliśmy pierwszymi turystami, którzy na rowerach zwiedzali obrzeża miasta. Tu stragany z żywnością mieszały się z ciężarówkami zapełnionymi cementem, cegłami, piachem. Małe bistra skonstruowane z wózków, na których ludzie ze wschodu holują na nasze bazary różnorodne towary w kraciastych torbach tym razem maja stoliczki z kawą i herbatą. Często przydrutowany jest do tych konstrukcji kolorowy parasol. Nareszcie jest zjazd z obwodnicy. Po raz pierwszy na drogowskazach pojawia się słowo “L’viv”. Szeroka, nowoczesna arteria prowadzi nas prosto na zachód. Na 68 kilometrze od Kijowa zatrzymujemy się na mały lunch. Luksusowe przydrożne bistro oferuje nam najwspanialszą soliankę jaka kiedykolwiek jadłem w życiu. Oczywiście “przesłuchałem” kelnerkę w temacie użytych składników. Po powrocie muszę ją ugotować. Około 18.00 docieramy do Żytomiru. Olbrzymie dziury w jezdni skutecznie zniechęcają nas do zwiedzania miasta. Jedziemy w stronę Rywnego. gdzieś tu powinien być hotel. Jest. Nowy, luksusowy hotel, spa o nazwie Dodo. Jednak 700 hrywien skutecznie nas odstrasza. Na obrzeżu miasta trafiamy na budynek z napisem Hotel Jelinka. Cena? Śmieszna, 40 hrywien od osoby. Jakość? Zenująca. Była to pierwsza sytuacja gdy rozpakowałem swój wkład do śpiwora i dopiero wchodząc do niego pozbyłem się obrzydzenia. Prysznic? Zapomnijcie, nie dość, że syf to do tego ciepła woda jest w ściśle określonych godzinach wieczornych. Ubikacje? Horror! Dwa lata temu zwiedzaliśmy zamknięte już więzienie w Łęczycy. Tamtejsze kible to był Wersal przy tym czymś. Szybko zjadamy porcję spaghetti i pakujemy rowery do pokoju. Spać i jak najwcześniej stąd uciekać! 16 sierpnia   O 4.30 jesteśmy już na nogach. Chyba jest niedziela. Moje urodziny. Jemy szybko śniadanie. Po śniadaniu idziemy do tych okropnych kibli i solidarnie zostawiamy w nich niespłukane figurki. Niespłukane bo w nocy była awaria i cały pion szlag trafił. Ulicą płynie woda. To było najgorsze miejsce do spania, w jakim byłem przez te moje 44 lata życia. Nie na darmo dziewczyna tu pracująca powiedziała, że ich szef nie kazał jej meldować cudzoziemców. Aha, zapomniałem. Cudzoziemcy mają widocznie inne dupy niż Ukraińcy. Gdy powiedziałem o tym Vincenzo, wybuchł śmiechem. Od tego momentu prosił tylko byśmy szukali international hotel. Do Riwnego jedziemy placem budowy. Cały dzisiejszy 181-kilometrowy odcinek jedziemy placem budowy. Budowy nowej drogi. Niektóre odcinki mają już namalowane pasy. Tak, jest niedziela i wszyscy pracują. Nikt nie podpiera łopaty. Z trasy zjeżdżamy tylko dwa razy. W Nowogradzie Wołyńskim przecinamy miasto (obwodnica otacza je od północy) i W Korcu. Tu zatrzymujemy się przy pięnie odnowionym żeńskim monastyrze. W Riwnem jedziemy do centrum. Przy dworcu autobusowym wyrósł wysoki, trzygwiazdkowy hotel. Ceny przystępne więc sprawdzamy tylko, czy jest ciepła woda. Jest. Pokoje wielkie, łazienka wielka. Robimy nawet pranie. Tylko dlaczego te wszystkie kobiety takie smutne?17 sierpień  To mój kryzysowy dzień. Koło już dawno się uspokoiło, lecz wczoraj zaczęła mi się odklejać  żelowa poduszka na siodełku. Tyłek pęka z bólu. Do tego mamy ponad trzydzieści stopni. Jeszcze jedno. Między Żytomirem a Riwnem droga była jak wyprasowana żelazkiem. Zaraz za miastem zaczęły się górki. A w samym mieście z zabytków znaleźliśmy kościół o ściętych wieżach przerobiony na dom muzyki kameralnej i organowej. Jak w większości miast zwiedzanie na rowerze utrudnia nawierzchnia. Jeszcze jeden epizod z dnia wczorajszego umknął mojej uwadze. Przedziwny kondukt pogrzebowy. Przez pola szedł pop, w towarzystwie ludzi niosących czarne chorągwie. Za nimi jechał ciężarowy ził ze zwłokami kobiety i kilka wozów konnych z ludźmi. O te zwłoki zapytał mnie Vincenzo. Ja szczeże mówiąc ich nawet nie zauważyłem. Dopiero po jego pytaniu powiększyłem wczorajsze zdjęcie. Tak się skupilem na robieniu zdjęcia, że umknęła mi zawartość tej ciężarówki. W Dubnie spotykamy uczestników rajdu Paryż-Moskwa-Paryż. Uczestniczą w nim samochody z przed półwiecza. Niemcy, Australijczycy, Hiszpanie, Holendrzy, Francuzi. W sumie jest około 20 starych citroenów. W Olecku zjeżdżamy na chwilę do stojącego tu zamku. Niestety bramy do niego są juz zamknięte. Pod starym kościołem dwa stragany z pamiątkami. Są książki po polsku o historii zamków zachodniej Ukrainy. Niestety waga, waga! Trzeba tu po prostu przyjechać i na spokojnie jechać od miasteczka do miasteczka. To już temat na nastepna wyprawę. Zatrzymujemy się w miejscowości Ozidiw. Jest tu motel ukraińskiej sieci motelików. Bar, parking dla TIR-ów, 5 pokoi. Na dole nowobogacka impreza. Clarcksson, dwie siódemki i parę gorszych samochodów. Mój tyłek posmarowany maścią piecze jak cholera. Ciężko usnąć. Na zewnątrz ostatni imprezowicze sprowadzają młode laseczki. Śmiechy. Biorę dwa ibupromy. Zasypiam.18 sierpnia  Otwieram oczy. Dupsko żyje i czuje się dobrze. Vincenzo krząta się cichutko z czołówką na głowie. Good morning! Od dziś jadę w dwóch parach spodenek. Wchłaniamy spaghetti i ruszamy już o 6.00 na trasę. Jak najwięcej przejechać przed upałem! Do Lwowa mamy 60 kilometrów. Przelatujemy tam w mgnieniu oka. Liczniki cały czas pokazują 27-32 km/h. Na przedmieściach spotykamy jadących z naprzeciwka dwóch Szwedów. To jak na razie jedyni turyści na dwóch kołach. Oczywiście nie mówię o dwóch kołach i silniku. Centrum Lwowa jest piękne! Przyjedziemy tu z KMK* na pare dni bez rowerów. Gdy tak siedzimy sobie na ławeczce przynajmniej mnie otacza atmosfera krakowsko-wrocławska. Po kilku godzinach miłego nicnierobienia ruszamy w kierunku Medyki. Chcemy dziś koniecznie przekroczyć granicę. Przynajmniej ja pracowicie odliczam kilometry. Gródek, jeszcze 53, Sudowawiszcznaja 30, Mościska-pojawiają się pierwsze stragany z papierosami i wódką wreszcie jest! Stajemy grzecznie w kolejce z samochodami. Ukraiński pogranicznik kieruje nas do przejścia dla pieszochodów. Ukraińska odprawa przebiega błyskawicznie. Zabieraja nam karteczki, które wręczono nam na przejściu rosyjsko-ukraińskim. Jedziemy okratowanym chodnikiem mijając po drodze kilka spowalniaczy. Wreszcie jest. Granica Unii. W zadaszonym korytarzu tłum. To słynny worek w Medyce. Polski pogranicznik przychodzi otworzyć nam furtkę. Rowery nie zmieszczą się w spowalniaczach. I stajemy na początku kolejki. Vincenzo nie bardzo wie o co chodzi więc staram mu sie wytłumaczyc tę niecodzienną sytuację. Nie pamiętam jak to nazwała bardzo ładna pani młodszy chorąży, zapust? W końcu po trzecim czymś takim zostajemy wpuszczeni łaskawie do Polskiej odprawy. I stoimy dalej w wąskim korytarzu. odprawa graniczna i w końcu celna. Celnik pyta o wódkę i papierosy. Oczywiście nie mamy. Więc zaczyna się powolne sprawdzanie sakw. Prawy przód, lewy tył, a w górnej co pan ma? Namiot? O faktycznie tak jak pan mówił, namiot! A czego się pan spodziewał? Tą sama procedurę przechodzi coraz bardziej zdziwiony Włoch. Wreszcie koniec. Otwieramy drzwi i jesteśmy w Unii/Polsce! Przed nami przygraniczny ryneczek “Panie, kup pan wódkę, a sportsmieny, to może piwo? Wreszcie ruszamy do Przemyśla. Robi się ciemno więc skręcamy w lewo do pierwszego w mieście hotelu Marko.19 sierpnia  I dziś przekonałem się o wyższości spaghetti nad innymi potrawami. Wczoraj z okazji powrotu poszaleliśmy. Na kolację żurek i olbrzymi placek po węgiersku, dziś rano standardowe śniadanie hotelowe z podwójnym pieczywem, po którym normalnie bylibyśmy pełni. Po dwóch godzinach już nas zasysa. Ale po kolei. Wyjeżdżamy rano zwiedzać stary Przemyśl. Najlepszy widok mamy z wieży Kazimierzowskiego zamku. Powoli zjeżdżamy w dół. Wreszcie czysto, wreszcie jakoś tak…normalnie. Długi podjazd serpentynami wyprowadza nas z przemyskiej kotliny. Radymno, Jarosław, Przeworsk i wreszcie jest. Łańcut. Wykupuję dla nas bilety na zwiedzanie calego kompleksu zamkowego. Vincenzo niestety jest skazany tylko na moje tłumaczenie. Nie ma wersji włoskiej ani angielskiej. W przeciwieństwie do francuskich muzeów czy zamków tu wszystko jest pilnie strzeżone przez panie pilnie robiące na drutach. Każdy potencjalny zwiedzający jest dla nich złodziejem. Ba nawet nie wolno fotografować! Robie więc kilka “tajniaków” dla mojego przyjaciela. Całe zwiedzanie trwało ponad dwie godziny ale dla mnie było warto. Nie wiem jakie odczucia miał Włoch. Zjadamy pośpieszny objad i jedziemy w kierunku Rzeszowa. Praktycznie cała “czwórka” na podkarpackim odcinku jest w permamentnym remoncie.Róznica polega na tempie pracy. Po 16.00 na budowie nikt nic nie robi. Przejeżdżamy przez Rzeszów. Ktoś pomyślał o drogach rowerowych. Są wykonane z asfaltu. Niestety krawężniki niespełniają norm rowerowych. My jedziemy z dodatkowym obciążeniem. W moim przypadku jest to ok. 20 kg. Za rmiastem słońce zaczyna bardzo mocno świecić w oczy. Jeżeli świeci nam, to świeci tez innym kierowcom i mozemy być dla nich mało widoczni. Szukamy noclegu. Niestety najbliższy camping jest dopiero w Tarnowie. Zatrzymujemy się więc w motelu na stacji benzynowej kilkanaście kilometrów przed Ropczycami. Tym razem w garnku wesoło plumka sobie nasz ulubiony posiłek. 20 sierpnia  Ruszamy skoro świt. Oczywiście po śniadaniu. Dziś w telewizorni zapowiadali upał. Gdyby nie te cholerne roboty drogowe. Roboty pal sześć, najgorsze jest to, że ty się człowieku męczysz na drodze, a wokół widzisz opierdalających się ludzi. Na około stu robotników drogowych pracowało trzech! Niezłe jaja. Za co im do kurwy nędzy Skanska płaci?! Dopiero na granicy województw następuje zmiana. Małopolskie już się wyremontowało. Przejeżdżamy przez centrum Tarnowa. Tu też nie da się jechać rowerem po ulicach. Po chodniku też. Robię test pięciozłotówki. Krawężnik ma prawie trzy wysokości monety. Dopuszczalna jest jedna. Zatrzymujemy się w Dębnie. Na tutejszym zamku następuje przypadkowe spotkanie. Tak jak ja i Vincenzo jadąc dwa lata temu na Nordkapp trafiliśmy na jeden camping jadąc z dwóch różnych kierunków, tak teraz zamek zwiedzał były prezydent Dąbrowy Górniczej, miasta, które współpracuje z Bergamo. U granic Dąbrowy zmarł Francesco Nullo, włoski major, o którym wspominał mi Vincenzo. Jest on pochowany na olkuskim cmentarzu. Mój druh jest wniebowzięty. Około 15.30 docieramy do Wieliczki. Dosłownie na trzy minuty przed zejściem w podziemia włoskiej grupy. Ja zwiedzam kopalnię z grupą polską. Kopalnia jest ciekawa lecz mnie brakuje trochę głębokości. Przecież w kwietniu byłem w Kłodawie. Te sto parę metrów nie robi na mnie wrażenia przy 680 w pracującej kopalni. Jednak w miarę zagłębiania się w korytarze powoli zmieniam zdanie. Te kopalnie są po prostu inne. Kaplica św. Kingi szczególnie z góry robi imponujące wrażenie. Nie no, w ogóle fajnie jest. Gdy po ponad dwóch godzinach wyjeżdżam na powierzchnię dochodzi do mnie, że to już praktycznie koniec przygody. Po kilku minutach wyjeżdża na powierzchnie rozpromieniony Vincenzo. Podobało mu się. Niestety czas się rozstać. Następuje to na stacyjce Wieliczka Rynek. Pamiątkowa fota, uściski. Wsiadam do szynobusu, który powozi mnie na Kraków Główny. O 22.07 wsiadam do pociągu. 21 sierpnia  Jest kilkanaście minut przed trzecią. Sprowadzam swój rower ze schodów Łodzi Kaliskiej. Ciekawe, jak to robia inwalidzi? Windy nie dzialają od lat. Przez puste ulice jadę przez moje miasto. Wprost w objęcia Kalinki Mojej Kochanej 

  • Dam ci ja

    Date: 2009.01.18 | Category: Bez kategorii | Response: 0

              Witajcie kochani :)     Chcielibyście pewnie usłyszeć kolejną ciekawą historie, więc przybywam pospiesznie aby wystukać na klawiaturce dzisiejszy dzień. Ogólnie rzecz biorąc i ujmując miałam totalnego pecha!  Wczoraj była 18-nastka mojej przyjaciółki Kloca :* Mega bibka! Na której poznałam mojego księcia z najbardziej dołeczkowatymi dołeczkami w policzkach pod słońcem :)   A reszty imprezy nie pamiętam:P Aczkolwiek( to sobie na pralkę przyklej) pech zaczął się gdy tata zadzwonił do mnie i stwierdził iż nie może odebrać mnie z imprezy i że mam wrócić taksówką a którą oczywiście zapłaciłam 41,50. Wiecie taryfa nocna! Wcale nie chodzi o to że kupiłabym sobie bluzkę czy spodnie. Gdy już weszłam do domu i zatkał mi się mój śliczny mały nosek i jakież było moje zdziwienie gdy okazało się że zgubiłam kropelki, jedyny mój ratunek!     Wstałam koło godziny 8.30 z prze niezwykle wielkim kacem którego nie mogłam zwalczyć gdzieś do godziny 9.30  później już był lajcik także wzięłam się za robienie “tasków” z anglika. Swoją drogą nie polecam robić wam tego na kacu…. Tasków oczywiście. Gdy o godzinie 11.00 wzięłam się za szykowanie wyszłam gdzieś koło 12.00 z domu oczywiście wracając się 3 razy a to po torbę a to po po portfel a to żeby spr czy jeszcze czegoś zapomniałam więc gdy już wyszłam z domu z zamiarem przybycia do Oli po index koło 12.30 zajechałam do niej dokładnie 12.45 i gdy już zabrałam index i wróciłam się na przystanek mojego kochanego tramwaju lini numer 3 akurat już myślałam że przełamie pecha ponieważ gdy ja stałam na przejściu maszynista poszedł zobaczyć coś z pojazdem, zielone światło, szybko dobiegłam wsiadłam i tutaj ku mojemu wielkiemu zdziwieniu tramwaj zamiast jechać sobie ślicznie prościutko po torach, skręca w prawo! Pomyślałam że tak miało być i wyjęłam książkę do anglika w tramwaju niestety nie mogłam się uczyć bo jakaś laseczka nad uchem mi nadawała strasznie więc zaniechałam takowy pomyśli zaczęłam słuchać muzyki. Gdy już szczęśliwie dojechałam do szkoły i usłyszałam że- Spóźniła się pani, co pani sobie myśli!- po tych słowach siadając w ławce myślałam że umiem wszystko, byłam przekonana, i przeliczyłam się jakże okrutnie. No cóż nie zdałam anglika, pan nawet nie chciał zobaczyć moich tasków, więc uroniłam kilka łez w kibelku szkolnym i zaczęłam uczyć się promocji zdrowia.         Egzamin poszedł mi świetnie! Tak jak strzelałam to nigdy. Chyba zapisze się na strzelnice jeśli to zaliczę i mowie serio! I pojadę z kimś na ASG wtedy żeby nie wiem co, o ile to zaliczę. To będzie znak że muszę jechać choć nie wiem czy moje umiejętności fotografowania są dość dobre szczególnie że ta osoba ma za kolegę chłopaka o niewyobrażalnych umiejętnościach. Swoją drogą zastanawiam się czemu jego nie ciągnie. Mniejsza z tym! Gdy wracałam już do domu było nawet spokojnie, gdyby nie to że w połowie drogi mp4 się rozładowało i gdyby nie to że prawie złamałam nogę wysiadając z tramwaju i ludzie się ze mnie troszkę ponabijali ale cóż normalka w przypadku mojej osoby. Zawsze mam nieoczekiwane potknięcia, wypadki z autobusu( dosłowne), wparowanie na drzwi, drzewo, latarnie czy cokolwiek wolno stojącego. Taki już mój urok:)         Po godzinie 16 zajechałam szczęśliwie do domu do mojej oazy, mekki do mojego żółtego pokoiku gdzie mogę schować się przed całym światem w którym jak sądziłam nic mi się nie stanie a jednak! Uderzyłam się w małego palca;P        To już wszystko na dziś moi kochani. Pamiętajcie że pech to tylko zbieg okoliczności kilku sytuacji i żebyście nie powtarzali pod nosem cały czas że macie pecha bo to wtedy najbardziej go przyciąga:) Ja mimo wszystko pozostawiam na swojej twarzy owoc :P Dobranoc :*

  • UK! :D

    Date: 2009.01.11 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    Pierwsze wrażenia- niesamowite! Te czerwone dwupiętrowe autobusy, budki telefoniczne jak z filmu, przeurocze osiedla domków i taksówki, wszystkie takie same! I ta mieszanka wszystkich możliwych narodowości, religii,języków! Szok:) Siedząc na dworcu autobusowym w Londynie, bardziej prawdopodobnym było usłyszeć fragment rozmowy po chińsku, koreańsku, arabsku czy urdu niż po „zwykłemu angielskiemu”. I oczywiście cała paleta wszystkich dziwnych wdzianek: od panów w kitlach zaczynając przez przykryte po zęby Arabki, roznegliżowane Angielki,wbite w kimono Japonki aż po ortodoksyjnych Żydów w białych rajstopkach i dziwnych, wystających spod śmiesznego kapelusza zakręconych na wałkach(wał-eeek :D ) włosach. Multimegamix. Jednak wszystko to usuwa się w cień w porównaniu ze śmiertelnie niebezpiecznym: ruchem lewostronnym! To jest trudne do ogarnięcia dla zwykłego europejczyka, ale dla nierozróżniającej kierunków świata oraz prawej i lewej strony, farbowanej blondynki to prawdziwa walka o przetrwanie. Przecież nawet przechodnie chodzą po lewej stronie chodnika! Baa oni nawet wymijają z innej strony! I tak jak zwykle wytężam umysł przed skrzyżowaniem,kiedy nie wiem w które prawo skręcić, tak teraz mój skupiony na wymijaniu pieszych mózg, wariuje doszczętnie kiedy trzeba przejść przez skrzyżowanie z dwukierunkowym ruchem samochodów, wielokierunkowym ruchem pieszych, z gratisowym pasem dla busów i najlepiej z metrem po ziemią.  Labirynt kreteński przy tym to pestunia.
     
        Read the rest of this entry »

  • Pod górkę czy już z górki….?

    Date: 2008.11.18 | Category: Bez kategorii | Response: 0

    Wiecie tak ostatnio myślałam, że może zła passa zaczyna mnie powoli opuszczać. Zawsze miałam w życiu ogromnego pecha, poza sytuacjami zagrożenia zdrowia lub życia-wtedy spadam jak kot na cztery łapy. Pozostałe przypadki – to non stop pod górkę. Już wcześniej napisałam, że moje życie uczuciowe to loteria. Jak ktoś mnie pyta „jak twoje sprawy sercowe” to odpowiadam, że nie istnieją. Coś w tym jest. Ciągle były jakieś problemy z pracą. Wyobraźcie sobie, że od początku jak zaczęłam pracować, byłam 5 razy zatrudniana na zastępstwo osoby, która była na urlopie macierzyńskim i 5 razy musiałam odchodzić bo ona wracała. Zaczęłam w pewnym momencie wierzyć, że wisi nade mną jakieś pioruńskie fatum. Nie mogłam nic. Nawet kupić cholernego telewizora na raty. To straszne, kiedy człowiek jest w takim zawieszeniu. Nie można nic zaplanować. Dlatego właśnie moje życie się jeszcze nie zaczęło. Miałam związane ręce. Ostatnio w związku z pracą coś zaczęło się zmieniać. Pokazałam ile jestem warta i prawdopodobnie od kwietnia będę zatrudniona na stałe. Może wtedy coś się ruszy.
    W szkole pech mnie nigdy nie opuszczał. Kiedy byłam pewna, że jakiś sprawdzian napisałam dobrze to dostawałam dwóje. Do dziś pamiętam, kiedy miałam z biologii nauczyć się 10 zagadnień na sprawdzian. Nauczyłam się 9 a oczywiście dostałam na sprawdzianie 10. Takich przypadków było mnóstwo. Nauczyłam się z tym żyć. Tak było do końca I semestru na studiach. Na II zaczęło się coś zmieniać. Zaczęło się układać, dostawałam na egzaminach pytania, które chciałam dostać. Ostatnia sesja poszła mi jak po maśle. Zdałam ekspresowo wszystkie egzaminy i jestem wolna.
    Co do uczuć………. Hmm sama się zastanawiam. Nie jest tak jakbym chciała, żeby było. Wciąż nie mam tego jedynego. Ale facet z którym jestem zaczął mnie zauważać. Ostatnio jak wyjechał napisał mi smsa, że tęskni za mną. To szok. On nie uzewnętrznia swoich uczuć. To było naprawdę zdumiewające. Z ust pewnych osób ciężko pewne rzeczy wychodzą i kiedy usłyszałam coś takiego zdałam sobie sprawę, że chyba nie jestem mu taka obojętna jak myślałam. Może pewne osoby nie umieją okazywać uczyć. Dlatego to duży postęp, może w końcu dotarło do niego, że żeby mnie zatrzymać musi się troszkę postarać. Read the rest of this entry »

Strona 1 z 3123
unima | pozycjonowanie sklepu pozycjonowanie sklepu | najszybsze sklepy internetowe | otwieranie sklepu internetowego | głośniki | pozycjonowanie stron pozycjonowanie stron | strony internetowe strony internetowe | Pogotowie komputerowe kraków | tworzenie stron | Webstyler strony internetowe łódź - profesjonalnie | Informatyka | jak zarobić na bloguwypożyczalnia samochodów gdańsk | nauka jazdy lublin | prawo jazdy rybnik | prawo jazdy poznań | Złóż wniosek o winiety ekologiczne plakietki i naklejki ekologiczne | motoryzacja motoryzacja motoryzacja | Noclegi kraków | supermocne ferrari Ferrari Enzo | Polecam maszyny drogowe maszyny drogowe firmy Pro-Rem | Tylko u nas zdobędziesz prawo jazdy Warszawa po przystępnej cenie. | prawo jazdy bielsko biała | najlepszy VW dla ciebie - VW | najlepsze paleciaki dla ciebie - paleciaki | ceramizery to skuteczne dodatki do oleju rewelacyjne - sprawdź! | super samochody, nowe auta extrafury galeria samochodów